wtorek, 26 stycznia 2016

04 (Where did my angels go?)

Beta: xxLMxx <3 Kocham :*

Niespokojnie kręciłem się na siedzeniu, gdy razem z Zaynem jechaliśmy w stronę podstawówki Clarie, skąd miałem ją odebrać.
Mimo tego, iż wiem, że Zayn jest dobrym kierowcą i w tej chwil jedziemy przepisowo, to i tak dopada mnie lekkie przerażenie, po tym jak dwa miesiące temu wsiadłem do samochodu Lou. Przez dobre trzy dni nie mogłem się po tym pozbierać. Wszystko dobiła świadomość tego, że mój brat zginął na drodze. Greg był typem niegrzecznego chłopca. Dziewczyny, alkohol, narkotyki. W swój światek wciągnął również Natcheniela. W tamten piątek, zresztą jak zwykle, wyszli na imprezę. Obydwoje byli naćpani i nachlani, pokłócili się o jakąś laskę i Greg chciał wrócić do domu. Wsiadł na swój motor i zginął na pierwszym zakręcie. Po prostu nie wyrobił, jechał zbyt szybko i wypadł z drogi.

Od tamtego czasu nienawidzę środków transportu, nieważne czy to samochód, czy metro. Nienawidzę. A mimo to jestem zmuszony, by codziennie wsiadać do tej pieprzonej puszki, która w każdej chwili może się wykoleić... No, dobra, może trochę dramatyzuje. Zauważyłem też, że zrobiłem się przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa moich bliskich. Gdyby coś im się stało, obwiniałbym się za to, że ich nie dopilnowałem.
- Hej, Ni? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Zayna. - Dlaczego zacząłeś pracować?
Spojrzałem na Mulata lekko zdziwiony tym pytaniem. Chłopak był rozluźniony, ale w skupieniu obserwował drogę. Przez dłużą chwile zastanawiałem się nad tym, co mam mu odpowiedzieć.
- Nie miałem wyboru - powiedziałem tylko i odwróciłem wzrok w stronę okna, by nie musieć patrzeć na przyjaciela.
Dalsza droga minęła nam w ciszy. Wiedziałem, że Zayn zastanawiał się nad tym, co mu powiedziałem. Nie pytał o nic więcej, jakby wiedział, że nie odpowiem. Zatrzymaliśmy się przed podstawówką Cal. Wszędzie było pełno rodziców. Większość wyglądała na zdenerwowanych i rozdrażnionych.
- Mamy jeszcze jakieś piętnaście minut - powiedział Zayn, patrząc w wyświetlacz swojego telefonu.
- To nawet dobrze - powiedziałem do siebie i odpiąłem pas bezpieczeństwa.
Gdy wysiadłem z auta, Zayn zawołał za mną:
- A ty dokąd?!
Uśmiechnąłem się do niego.
- Za chwile przyjdę - rzuciłem i szybkim krokiem oddaliłem się w stronę pasów.
Gdy czekałem, aż światło zmieni się na zielone, usłyszałem za sobą odgłos biegu. Nie musiałem się nawet odwracać, by wiedzieć, że to Zayn.
- Mówiłem, że to zajmie tylko chwile.
Chłopak tylko wzruszył ramionami. Jednak coś się zmieniło. Wyraz jego twarzy, czy raczej sposób w jaki na mnie patrzył. Trochę mnie to niepokoi.
Przeszliśmy przez ulice i zapewne ku zdziwieniu czarnowłosego, skierowaliśmy się do budynku przedszkola.
- Niall...? - spytał z lekkim zdziwieniem. - Co my tu...? - zamilkł, gdy otworzyłem drzwi jednej z sal.

Według planu, mój brat kończy swoje zajęcia dopiero za pół godziny, ale jakoś nie uśmiecha mi się zmuszanie Zayna, by czekał za nami. Pewnie ma inne rzeczy do roboty. Powiedziałem przyjacielowi, by zaczekał na mnie przy drzwiach, a sam wszedłem do kolorowego pomieszczenia wypełnionego dziećmi. Wszędzie walały się zabawki, a dzieci zajmowały się same sobą. Jest to zapewne ich czas na zabawę. Podszedłem do znajomej mi kobiety, która wypełniała jakieś papiery przy swoim biurku, co jakiś czas zerkając na to, co dzieje się na sali.
- Brat Noacha, prawda? - spytała z uśmiechem, gdy mnie zauważyła.
Odwzajemniłem gest i skinąłem głową.
- Chciałbym dziś zabrać go wcześniej. Mamy umówioną wizytę u lekarza. - skłamałem gładko.
- Oczywiście, ostatnio widziałam go przy klockach.
Podziękowałem jej i zacząłem szukać wzrokiem brata. Jednak nim go znalazłem, dostrzegłem Zayna, który wpatrywał się we mnie z uniesioną brwią. Zignorowałem go i wróciłem do poszukiwań. To wcale nie jest takie proste znaleźć jednego chłopca wśród całej bandy ruchliwych czterolatków. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem lekko rudawą czuprynę chłopca. Siedział przy jednym ze stolików z jasnowłosą dziewczynką, chyba coś rysowali. Podszedłem do nich i położyłem mu rękę na ramieniu.
- Hej młody, przedstawisz mi swoją koleżankę?
Gdy Noach mnie zobaczył na jego twarzy rozjaśniał uśmiech.
- Tata! - krzyknął i rzucił mi się na szyję. Na szczęście w tym gwarze nauczycielka go nie usłyszała i nie będę musiał się z tego tłumaczyć, ale nie mam pewności, co do Malika...
- To jest Liss, moja przyjaciółka - powiedział dumnie, trochę sepleniąc.
Uśmiechnąłem się do Lissy.
- Miło mi cię poznać - podałem jej rękę, którą niepewnie uścisnęła. - To, co? Zbieramy się do domu?
Chłopiec trochę posmutniał.
- Już?
- Tak, chyba, że nie chcesz odebrać ze mną Clarie...
Noach był bardzo przywiązany do nas wszystkich, ale to Cal i Lea spędzają z nim najwięcej czasu, gdy jesteśmy w domu. Po prostu wiedziałem, że gdy usłyszy imię swojej siostry, nie będzie marudził.
Dość czule (jak na czterolatki) pożegnał się ze swoją "przyjaciółką". Mój młodszy brat ma dziewczynę, a ja nie? To boli. Jestem wręcz pewien, że w przyszłości będzie między nimi coś więcej.
Zayn nie powiedział nic, gdy pomagałem chłopcu się ubrać i wsiadaliśmy do jego samochodu. Głównie to Noach nawijał, opowiadając o Lissie.
Powoli zaczynałem się denerwować, autobus spóźniał się już jakieś dziesięć minut. Zayn chyba wyczuł moje zdenerwowanie, bo poczułem dotyk jego dłoni na moim udzie.
- Zaraz przyjadą - powiedział, jednak mnie to wcale nie uspokoiło.
- To chyba oni - stwierdziłem, widząc nadjeżdżający autobus, ale dopiero, gdy zasygnalizował wjazd na parking wystrzeliłem z samochodu i dołączyłem do tłumu oczekujących rodziców. Z autokaru zaczęły wychodzić dziewczynki w wieku Clarie. Zauważyłem może z dwie dziewczynki, które były owinięte bandażami i jedną ze złamaną ręką.
Dostrzegłem jak jedna z nauczycielek pomaga wysiąść z pojazdu mojej siostrze. Gdy zdążyłem do nich dobiec dziewczynka stała już o własnych siłach. Nic nie mówiąc wziąłem ją w ramiona. Jest cała i zdrowa. Żyje.
- Przepraszam - powiedziała, a po jej głosie poznałem, że jest na skraju płaczu. - Tak bardzo się bałam, Niall...
- Już wszystko w porządku - powiedziałem. W sumie nie wiem kogo bardziej chciałem uspokoić, siebie czy ją.
- One umarły, Ni... - zaczęła łamliwym głosem. - Na moich oczach, Chanel, ona...
Z tego, co wiem moja siostra przyjaźniła się z jakąś Chanel. I wygląda na to, że to właśnie ona jest jedną z ofiar tego wypadku.
- Chodźmy już do domu - powiedziałem trzynastolatce, której dalej łzy spływały po policzkach. Straciła przyjaciółkę, sama omal nie zginęła. Po tym wszystkim, co przeszła te wydarzenia to dla niej za dużo.
Wziąłem ją na ręce, by nie musiała się męczyć i ruszyłem w stronę czarnego BMW Malika.

ZAYN

Obserwowałem, jak z prędkością światła Niall wybiega z samochodu. Od rana był tym wszystkim poddenerwowany i było to widać na kilometr. Dopiero przez ostatnie wydarzenia zdałem sobie sprawę ile tak naprawdę o nim wiemy. W sumie to nic. Blondyn nigdy nie opowiada o sobie, czy swojej rodzinie. Gdy Harry powiedział nam ile Niall ma rodzeństwa byliśmy w niemałym szoku. W sumie znałem tylko bliźniaki Seana i Siennę i to tylko dlatego, że bawiliśmy się z nimi, gdy chodziliśmy do podstawówki. A co z pozostałą piątką? Spojrzałem przez ramię na chłopca, którego Niall odebrał z przedszkola.

Jedyna cecha wspólna jego i mojego przyjaciela to niebieskie oczy. Te piękne błękitne oczy, w których tonę za każdym razem, gdy w nie patrzę... Nie, nie jestem w nim zakochany. Po prostu uważam, że ma piękne oczy. To wszystko.
- Jesteś bratem Nialla, prawda? - spytałem, by jakoś zacząć rozmowę z chłopcem.
On uniósł na mnie swoje duże paczydła.
- Nie - stwierdził dobitnie.
- Nie?
- No nie. To mój tatuś - uśmiechnął się promiennie.
- To przecież niemożliwe - szepnąłem do siebie.
Niall nie może być jego ojcem. Blondyn jutro kończy osiemnaście lat, Noach nie ma więcej niż cztery, co oznacza, że musiałby zapłodnić jakąś dziewczynę w wieku czternastu lat. Prędzej posądziłbym o to Harry'ego, który jest zadeklarowanym gejem. Jeśli sięgnę w swoją pamięć to rzeczywiście Niall miał w tamtym okresie kilka dziewczyn, ale chyba z żadną nie był na tyle blisko, by iść z nią do łóżka. Ale z drugiej strony, dlaczego Noach miałby mnie okłamać? Przecież to tylko niewinny czterolatek.
Moje rozmyślenia zostały przerwane przez dźwięk otwieranych drzwiczek. Niall pomógł usiąść swojej siostrze, która mimo zapłakanych oczu i opuchniętej twarzy chichotała.
- To wcale nie jest śmieszne, Cal - powiedział Niall z naburmuszoną miną.
Na jego słowa dziewczyna roześmiała się jeszcze bardziej, ale zamiast do blondyna zwróciła się do Noacha:
- Tata Niall dobrze się tobą zajmował, gdy mnie nie było?
Czyli jednak Nialler jest jego ojcem?
Chłopiec ochoczo skinął głową i przytulił się do Cal (bo tak chyba ma na imię). Dostrzegłem, że jej ręce są pokryte dość widocznymi siniakami, a noga od kolana w dół jest w gipsie. Zapewne skutki tego wypadku, o którym mówił Niall.
- To dokąd sobie państwo życzą? - spytałem, posyłając Niallowi szczery uśmiech.
Jednak nadal nie mogę uwierzyć, że w tak młodym wieku jest już ojcem. I dlaczego nam o tym nie powiedział?

NIALL

By trochę rozweselić Clarie, opowiedziałem jej o tym jak Noach zaczął mnie nazywać. Jak się mogłem domyślić dziewczyna od razu podchwyciła ten wątek i wątpię, że w najbliższym czasie znów będę dla nich tylko bratem. W tym wszystkim najbardziej martwi mnie Noach. Przecież nie może przez całe życie myśleć, że jestem jego tatą, gdy nasz prawdziwy ojciec nas olał.
Zupełnie też zapomniałem o tym, że Zayn nie ma bladego pojęcia, gdzie teraz mieszkam, a to oznacza, że teraz będzie wiedział. I to wcale nie jest dobre. Pewnie już wie, że jest nas całkiem sporo (nie wątpię w to, że Styles się wygadał) a mieszkania w blokach nie są duże. Ale co będzie, to będzie. I tak już się pewnie domyśla, że moja sytuacja - zarówno rodzinna jak i materialna - nie jest zbyt ciekawa.
Rozmowa w samochodzie toczyła się głównie między najmłodszą dwójką. My tylko z uśmiechem na ustach obserwowaliśmy ich małą kłótnie.
- To tutaj - powiedziałem, gdy zauważyłem znajomy budynek. - Dzięki, Zayn. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
Posłał mi szeroki uśmiech i spojrzał prosto w oczy:
- Od tego są przyjaciele, pamiętaj o tym.
Ma rację, a ja ich zaniedbałem i to strasznie. Pomogłem Cal wysiąść i wziąłem ją na ręce. Noach czekał na nas już przy wejściu do budynku.
- Chcesz może wejść? - spytałem nim zdążyłem to do końca przemyśleć.
Ale nie chcę ich już okłamywać. Chcę, by chociaż po części wiedzieli jak wygląda moje życie. Cal często przyprowadzała do nas swoje przyjaciółki, Lea trochę rzadziej, ale i tak częściej niż bliźniaki. A ja? Ja jeszcze nikogo nigdy nie przyprowadziłem do naszego "nowego" domu.
Zayn wyglądał na zdezorientowanego moim pytaniem, szybko jednak się ogarnął i wysiadł z samochodu.
Uśmiechnąłem się do niego promienie i ruszyłem z Cal na rękach w stronę mieszkania. Szepnąłem mu ciche "dziękuję", gdy otworzył mi drzwi na klatkę schodową. Może i Clarie nie jest ciężka, ale gdy dotarliśmy na odpowiednie piętro byłem już trochę zmachany.
Odstawiłem ją z powrotem na ziemię, by móc wyszperać z kieszeni klucz do mieszkania. Wchodząc do środka widziałam jak Zayn uważnie się wszystkiemu przyglądał. Nasz dom jest bardzo skromne urządzony, więc w sumie nie ma czego oglądać. Przeprowadziłem chłopaka przez korytarz, prosto do mojego pokoju, celowo omijając kuchnie z otwartym salonem. Nie chcę, by widział w jak beznadziejnym stanie jest teraz moja mama. Clarie i Noach zaszyli się natomiast w pokoju dziewczyn.
Jak już wcześniej wspominałem pokój chłopaków i mój nie jest duży. Jedna szafa stojąca zaraz przy drzwiach, za nią stoi jedno z biurek. Dalej jest regał z zabawkami młodego i jego łóżko. Łóżka Seana i moje stoją do siebie równolegle, z tym, że moje stoi zaraz pod ścianą. Nie pomyślałem o panującym tu bałaganie, gdy zaproponowałem Zaynowi, by wszedł. Zabawki Noacha są dosłownie wszędzie, biurko, zarówno Seana jak i moje są zasłane podręcznikami i papierami. Już nie wspomnę o tym, że żadne z łóżek nie jest pościelone...
- Przepraszam za ten burdel - powiedziałem i zabrałem się za słanie łóżek. Zayn nic nie odpowiedział, tylko usiadł na krześle przy biurku i nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Mieszkacie w trójkę w jednym pokoju? - spytał Zayn z lekkim niedowierzaniem w głosie.
Wzruszyłem ramionami, bo przecież to normalne, że dzieli się pokój z rodzeństwem, gdy mieszkanie ma niewystarczającą ilość pomieszczeń.
- Nie jest aż tak źle - powiedziałem do niego, przybierając lekki uśmiech.
- Dlaczego ...?- przerwał, gdy zabrakło mu słowa. Skrzywił się zapewne na myśl o tym, co przez przypadek prawie powiedział. Ale ja nie boję się tego słowa, bo dobrze wiem, że tak jest.
- Jesteśmy biedni? Tu nie ma o czym mówić. Tak jest i raczej się to nie zmieni.
Wydawało mi się, że przez chwile w jego oczach błysnęło współczucie.
- To dlatego znalazłeś pracę? By pomóc rodzicom?
Usiadłem na swoim łóżku i spojrzałem na przyjaciela ze smutkiem i powagą w oczach.
- Nie mam komu pomagać. Sam ich utrzymuję.
Szok. To właśnie uczucie zalało twarz czarnowłosego.
- Dlaczego? - powtórzył się tak cicho, że prawie nie usłyszałem.
- Wiedziałeś, że jedno wydarzenie potrafi zmienić całe życie człowieka?
Zayn pokręcił głową, wstał ze swojego miejsca i usiadł obok mnie.
- Opowiedz mi - to tylko dwa słowa, jednak bardzo długo na nie czekałem. Może nieświadomie, ale od dawna chciałem to z siebie wyrzucić. Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo mi to ciąży.
- Kiedyś tak nie było - zacząłem swoją opowieść, wpatrując się w swoje splecione ręce. - Moi rodzice mieli dobrze płatne prace i świetnie nam się powodziło, mieliśmy duży dom, w którym cała nasza dziesiątka funkcjonowała bez większych problemów. Miałem siedmioro rodzeństwa. Moi rodzice zeszli się, gdy oboje mieli już po jednym dziecku. Greg i Nathaniel mimo tego, że nie łączyły ich więzy krwi byli nierozłączni, zamknięci w swoim świecie, do którego nigdy mnie nie wpuszczali, więc większość czasu spędzałem z Seanem i Sienną. Obserwowaliśmy z boku jak wkraczają w świat licealnych imprez, alkoholu i narkotyków. Rodzice nic nie widzieli, ale my tak. Tamtego wieczoru, gdy to wszystko miało swój początek, jak w każdy piątek wyszli na jakąś domówkę. Tego dnia mieliśmy jedną z naszych "nocy filmów" u Liama. Około północy dostałem telefon od taty. Wątpię byś to pamiętał, ale wyszedłem, mówiąc, że muszę pilnie w czymś pomóc tacie. Tak naprawdę zadzwonił i powiedział, że mam natychmiast wracać do domu. Tam zastałem zapłakaną matkę i ojca, który tępo wpatrywał się w ścianę przed sobą. Siedziało tam też kilku policjantów. Greg zginął. Umarł, bo wsiadł na swój motor pod wpływem alkoholu. Później wszystko potoczyło się z górki. Pierwszy załamał się Nath. Zniknął, zostawiając krótką notatkę na lodówce. Ojciec nie wytrzymał presji i atmosfery jaka w tym czasie panowała w naszym domu i uciekł do jakiejś kochanki. Jak możesz się pewnie domyślić moja matka również temu wszystkiemu nie podołała. Jej przybrany syn umiera z własnej głupoty, a jedyne osoby, które mogły ją zatrzymać przy zdrowych zmysłach po prostu odeszły. Straciła prace, przestała zajmować się młodszymi dziećmi. Moja rodzina rozpadała się na moich oczach, rozumiesz? I nic nie mogłem z tym zrobić. Musiałem być silny, nie mogli zobaczyć jak się załamuje. Jednak najbardziej to wszystko odbiło się na Cal i Lei.
- A co z Noachem? Czy to...?
Zdałem sobie sprawę z tego, że płaczę dopiero, gdy poczułem jak Zayn wierzchem dłoni ociera moje policzki.
Uśmiechnąłem się do niego przez łzy.
- Był zbyt mały, by pojąć, co się dzieje. Nie odczuwa tej straty tak jak reszta, bo nie pamięta jak to jest mieć rodziców, ma tylko nas.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - spytał, zamykając mnie w szczelnym uścisku.

Wtuliłem się w jego ramię, wdychając zapach jego perfum. Kocham ten zapach, kocham to jak mnie przytula i jak na mnie patrzy. Uwielbiam jego oczy, w które nie mogę patrzeć, bo tonę. Nigdy tego przed sobą nie przyznałem, ale czuję to od dłuższego czasu. Zakochuję się w swoim najlepszym przyjacielu. Tak nie powinno być.
- Chyba się bałem.
- Czego? - odsunął się ode mnie, ale nadal trzymał dłonie na moich ramionach.
Chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo jego spojrzenie zmieniło się na poważne.
- Przyjaźnimy się od tylu lat. Naprawdę sądzisz, że zostawilibyśmy cię ze względu na sytuację rodzinną? Niall, spójrz na mnie - powoli przeniosłem wzrok ze swoich stóp na jego oczy. - Boli mnie nie tylko to, że niczego nie powiedziałeś, ale że sam nie dostrzegłem, że coś jest nie tak. Gdzieś tam w głębi wiedziałem, że twój uśmiech nie jest już taki jak kiedyś, jest bardziej wymuszony. Jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć? - zagryzłem wargę.

W sumie jest "coś" jeszcze i wątpię, bym miał jeszcze kiedyś odwagę, by mu to wyznać. Mimowolnie zerknąłem na swoje ręce, które były naznaczone kilkoma dość widocznymi podłużnymi bliznami. Nadgarstki pociąłem sobie tylko raz. To zbyt widocznie miejsce. Miałem taki okres, gdy po prostu to wszystko mnie przerosło. Czułem się osamotnimy, zbyt młody na ciężar jaki przyszło mi nieść. Samookaleczenie przyszło znikąd, nie planowałem tego, nawet o tym nie myślałem. Chciałem żyć jak normalny nastolatek, ale ciążyła na mnie zbyt wielka odpowiedzialność. Ale gdybym odszedł jeszcze ja, nie poradziliby sobie. To ja jestem tym, który ich pocieszał, przytulał i mówił, że wszystko będzie dobrze i że damy rade. I daliśmy. Żyjemy, prowadzimy w miarę normalne życie, wszystko się ułożyło. Po tamtym okresie mojego życia została mi tylko jedna rzecz. Uzależnienie, którego nienawidzę i nie potrafię nad nim zapanować. Potrzebuję pomocy, bo dobrze wiem, że sam nie będę w stanie tego opanować.
- Ja...
Zacząłem, patrząc Malikowi głęboko w oczy. Widziałem w jego spojrzeniu, że bez względu na to, co mu powiem pomoże mi. Zrobi to, co będzie w stanie. Jednak nie powiedziałem nic. Nie z własnej woli, tylko dlatego, że ktoś wparował do pomieszczenia. Nawet bez odwracania się w stronę drzwi jestem w stanie powiedzieć kto to. To śmieszne, że rozpoznaję swoje rodzeństwo po sposobie w jaki się poruszają i funkcjonują. Sienna w przeciwieństwie do reszty puka nim wejdzie do nie swojego pokoju lub łazienki. W przypadku Seana słyszałbym już jego kroki na korytarzu.
- Niall? - spytała ostrożnie.
Szybko wytarłem oczy, by nie było widać, że płakałem. Nie chcę, by to widziała.
- Słucham? - odwróciłem się do niej i posłałem szeroki uśmiech.

Dziewczyna się rozluźniła i przeniosła swoje spojrzenie na mojego przyjaciela. Kiwnęła mu głową na przywitanie i podeszła do mnie bliżej.
- Mamy mały problem - wyszeptała mi do ucha. - Bo tak jakby lodówka jest pusta, a oni są głodni.
Przekląłem pod nosem. Jak mogłem znów zapomnieć o zakupach.
- Zaraz pójdę - powiedziałem, na co ona skinęła głową i wyszła.
Podniosłem się z łóżka i wyciągnąłem z kieszeni swój portfel, by sprawdzić na ile mogę sobie pozwolić. O tym również zapomniałem. Ostatnie pieniądze wydałem w szkolnej stołówce. Cholera.
- Niall...? - zaczął Zayn, ale go zignorowałem, wiedząc, co chce powiedzieć. Chce pożyczyć mi pieniądze, ale nie chcę zaciągać długów.
Z bolącym sercem skierowałem się do szafy. Z dolnej półki wyciągnąłem czarną drewnianą szkatułkę. Kiedyś był do niej klucz, ale zgubił się w czasie przeprowadzki. To pudełko, to nasza czarna opcja, czyli pieniądze odłożone na moment, w którym by ich zabrakło. Co miesiąc odkładałem tu po jakieś piętnaście funtów, więc trochę się tego nazbierało.
Szczerze, to miałem nadzieje, że nigdy nie przyjdzie mi jej otworzyć w tym celu. I nie otworzyłbym, gdyby nasz kochany tatuś pamiętał o swoich dzieciach.
Wyciągnąłem czterdzieści funtów i schowałem w portfelu.
- Muszę iść na małe zakupy - powiedziałem przepraszającym tonem. Nie chcę brzmieć, jakbym go wyganiał.
Chłopak posłał mi jeden z tych swoich olśniewających uśmiechów, po czym szybkim ruchem podniósł się z miejsca i ruszył w stronę drzwi.
- Podwiozę cię - rzucił, jak gdyby nigdy nic.
- Nie chcę cię znów wykorzystywać...
Machnął ręką.
- Dawno nie spędziliśmy razem tyle czasu, a poza tym i tak nie mam nic innego do roboty.
Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem i bez słowa ruszyłem za nim.
- Wujek Zayn już sobie idzie? - spytał z naburmuszoną miną Noach, gdy wkładaliśmy buty.
Ku mojemu zaskoczeniu Zayn zaśmiał się i poczochrał młodemu włosy.
- Nie martw się, jeszcze tu wrócę.
Byliśmy już na klatce schodowej, gdy w ostatniej chwili złapała nas Sienn. Spojrzeliśmy na nią pytająco.
- Jest taki mały problem, o którym zapomniałam ci wspomnieć.
Nienawidzę słów "mamy mały problem". To nigdy nie oznacza nic prostego, bynajmniej wtedy, gdy pada to z ust tej właśnie dziewczyny.

Westchnąłem cicho i spojrzałem na nią wyczekująco. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Clarie boli brzuch.
Westchnąłem z frustracji.
- Nie możesz po prostu powiedzieć, że potrzebujecie czegoś przeciwbólowego? - spytałem i już chciałem odejść, gdy doszedł mnie chichot dziewczyny.
- Nie rozumiesz mnie, Niall. Clarie. Boli. Brzuch. Wiesz, przychodzi taki czas w życiu nastolatki, gdy potrzebuje "pewnej" rzeczy.
Uniosła znacząco brwi. Już chciałem powiedzieć, że nie mam pojęcia, o co jej znowu chodzi, ale doszedł mnie śmiech Zayna.
- Skoro Malik już wie, co mam na myśli, wierzę, że dacie radę.
Spojrzałem pytająco na przyjaciela, gdy moja siostra zniknęła w drzwiach mieszkania.
On tylko pokręcił głową i rzucił jasność na wypowiedź mojej kochanej siostrzyczki, którą ukatrupię w najbliższym czasie:
- Podpaski, stary - wciąż się śmiał, a ja stanąłem jak oniemiały.
Że niby co mam kupić?!

poniedziałek, 28 września 2015

03. (Where did my Angels go?)


beta: Mixer  
 zapraszam do czytania jej prac, które  są genialne ;) Znajdziecie ją: TU, TU i na WATTPADZIE


- Do mnie Hazz! - krzyknąłem, biegnąc w stronę bramki.
Harry, który aktualnie był przy piłce został otoczony przez graczy drugiej drużyny. Chłopak porozumiewawczo spojrzał mi w oczy i szybko podał piłkę. Nawet się nie zastanawiając pognałem dalej. Droga do mojego celu była praktycznie pusta.
- Strzelaj, Niall! - usłyszałem głos jednego z chłopaków.
Tak też zrobiłem. Miałem idealną pozycje. Sam na sam z bramkarzem. Spudłowałem. Znowu.
- Cholera, Niall, co się dziś z tobą dzieje?! - usłyszałem głos Hazzy za swoimi plecami.
Otarłem pot z czoła, po czym odwróciłem się do przyjaciela i posłałem szeroki uśmiech.
- Po prostu mam gorszy dzień. - wzruszyłem ramionami, choć to nie do końca prawda. Ostatnio czuję się trochę osłabiony. To pewnie przez ten cały stres. W tym miesiącu ojciec nie przysłał nam jeszcze pieniędzy, więc moja sytuacja nie wygląda zbyt ciekawie. Mało jadam, ciężko pracuje, do tego jeszcze szkoła i treningi. Mój organizm chyba postanowił przeprowadzić bunt.
- No tak, ale... - chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu głośny gwizdek trenera.
Razem z resztą drużyny zbiegliśmy z boiska.
Do klubu należy dwadzieścia sześć osób, w tym zaledwie piętnaście potrafi jako tako obejść się z piłką, ale nie przeszkadza nam to w grze. W końcu każdy kiedyś zaczynał, prawda?
Jak to pod koniec każdego treningu ustawiliśmy się w rzędzie. Nasz trener, który swoją drogą jest bardzo wymagający oraz konsekwentny, spojrzał na nas surowym wzrokiem.
- Jak pewnie wiecie. - zaczął donośnym tonem. - Pod koniec tygodnia gramy mecz towarzyski z sąsiednim liceum. Możecie za to dziękować waszemu kapitanowi. - rozległ się głośny aplauz w stronę Kanjego Nanase. Japończyk uśmiechnął się szeroko, również zadowolony z tego, co udało mu się osiągnąć.
- Jednakże... - surowy głos pana Kenta przywrócił nas do porządku. - Mam haczyk, o którym pan Nanase zapomniał wam zapewne powiedzieć. Jeśli przegracie treningi będą trzy razy cięższe niż dotychczas.
Wśród zawodników dało się słyszeć jęk przerażenia.
- Jeszcze cięższe?! - spytał z niedowierzaniem Zayn. - To teraz co niby mieliśmy, wersję dla przedszkolaków?!
Zaśmiałem się pod nosem. Nasze dwugodzinne treningi zazwyczaj wyglądają tak, że przez większość czasu jesteśmy katowani jakimiś z dupy wziętymi ćwiczeniami, a na koniec gramy krótką partyjkę. Zazwyczaj jest to spokojna gra, bo nikt po tym wszystkim nie ma już siły, by grać na poważnie.
- No to może przejdźmy do rzeczy. - mruknął, przerzucając kartki w swoim notatniku. - Na bramce Liam Payne, w ataku Tomlinson, Winston Jenkins. Pomocnicy Wayne, Malik, Collins, Allen. Obrona Styles, Nanase i Fletcher*
Przez chwile stałem oszołomiony, podobnie jak reszta chłopaków. Nie chcę się chwalić, czy coś, ale jestem jednym z lepszych zawodników. Dlatego nie tylko mnie zdziwiło to, że moje nazwisko nie zostało wymienione. Czułem na sobie spojrzenie prawie każdego z zawodników.
Louis już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale szybkim kopnięciem w łydkę udało mi się go powstrzymać. Nie chcę, by wpędził się w kłopoty, a zadawanie "głupich" pytań panu Kentowi może źle się dla niego skończyć.
- Coś się stało Tomlinson? - spytał trener, unosząc do góry jedną brew, gdy ten głośno zaskomlał.
- To tylko skurcz. - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Zginiesz za to, Horan. - dodał tak cicho, że usłyszeć to mogło tylko parę osób naokoło nas.
Wzruszyłem ramionami.
- A rezerwowi? - spytał nagle Kanji.
Mężczyzna westchnął głośno.
- Francis, Palmer i bracia Ashford, wszystko jasne?
Teraz to już jestem zupełnie skołowany, co ja takiego zrobiłem, że nie jestem nawet rezerwowym?!
- To jakieś jaja - stwierdził Lou trochę zbyt głośno i niestety tym razem nie zdążyłem zareagować.
- Co tym razem, Tomlinson? - rzucił zniecierpliwiony trener.
- Dlaczego Nialla nie ma w wyjściowym składzie?
Cisza, która zapanowała, gdy zadał to pytanie była wręcz toksyczna.
Pan Kent posłał chłopakowi uśmiech, który w żadnym wypadku nie był przyjazny.
- Wstępny termin meczu został przeniesiony. Nie gracie w sobotę rano, tylko w piątkowe popołudnie. - powiedział, kompletnie ignorując zadane przez Lou pytanie i posyłając mi znaczące spojrzenie. Przynajmniej wszyscy tak myśleli, jednak dla mnie odpowiedź jest oczywista. Popołudniami jestem w pracy. I nasz trener jakimś cudem o tym wie. Tym, że nie jestem w składzie oszczędził mi zbędnego tłumaczenia, dlaczego nie mogę grać.

- To jest niedorzeczne. - stwierdził Lou, gdy piętnaście minut później wychodziliśmy z szatni.
- Louis ma rację. - poparł go Liam. - Jesteś dużo lepszy niż taki Palmer.
Wzruszyłem ramionami.
- Ostatnio jestem w kiepskiej formie i pewnie trener też to zauważył.
Nie wyglądali na przekonanych moją odpowiedzią.
- Nawet w tej twojej "kiepskiej" formie jesteś o niebo lepszy niż połowa wybranych przez niego zawodników. - powiedział również lekko zdenerwowany Harry.
Posłałem im szeroki uśmiech.
- A może po prostu mnie nie lubi? - zaśmiałem się głośno - W każdym bądź razie nic na to nie poradzimy.
- Jak to nie? Możemy zrobić protest. Styles, załatwiasz kolorowe mazaki, a ty Zayn...
Ktoś inny mógłby pomyśleć, że Louis żartuje, ale nie my. Po błysku w jego błękitnych oczach od razu wiedziałem, że mówi to całkiem poważnie.
W końcu to Louis, najbardziej pokręcony człowiek jakiego świat widział.
- Nawet nie próbujcie, bo jeszcze skończy się na tym, że żaden z nas nie zagra.
- Ma racje. - stwierdził niechętnie Liam.
- Jeśli temu staruchowi coś się wbije do głowy, to za nic nie da się mu tego wybić. - reszta równie niechętnie przyznała Mulatowi rację.
- To co powiecie na jakiś film, piwo i duuuuużą pizze? - spytał Lou, szczerząc się jak to on ma w zwyczaju.
- Jestem za! - powiedział Zayn. - Za dużo wrażeń jak na jeden dzień, muszę jakoś odreagować.
Reszta również się zgodziła.
- A co z tobą, Niall?
Uśmiechnąłem się przepraszająco i już wiedzieli jaka będzie moja odpowiedź.
- Dziś nie mogę.
Zayn przewrócił oczami.
- Ty nigdy nie możesz, już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszliśmy gdzieś wszyscy razem.
- No właśnie, spotykamy się tylko w szkole i ewentualnie niekiedy w weekend. Co się dzieje, Niall?
Wiedziałem, że w końcu się kapną, że mam ograniczony czas. To nawet trochę dziwne, że zajęło im to prawie dziesięć miesięcy.
- Po prostu mam coś do zrobienia. Do jutra! - krzyknąłem i szybkim tempem oddaliłem się w przeciwną stronę.
Wiele bym oddał, by móc zamiast do pracy wychodzić z nimi, bawić się jak każda osoba w moim wieku, ale nie mogę. Muszę zarabiać, by utrzymać rodzinę. Nikt za mnie tego nie zrobi.
- Witaj, Niall! - przywitał mnie jeden ze znajomych ze zmiany.
Jordan jest wysokim szatynem o bladej cerze i ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach. Do wszystkiego podchodzi z optymizmem, po prostu nie da się go nie lubić.
- Dużo dzisiaj przywieźli? - spytałem zrezygnowany.
Chłopak skrzywił się lekko.
- Jakieś trzy tiry. I podobno o 8 ma dojechać jeszcze jeden.
Pracuje na rozładunku w jednym z większych supermarketów. Moje zadanie polega na noszeniu wielkich, ciężkich kartonów z towarem. Nie jest to lekka praca, przez nią mam okropne bóle kręgosłupa, ale praca to praca. Ważne, że płatna. Czasem też uda mi się dostać przydział na sklepie, wtedy muszę tylko rozkładać produkty na półkach i zbierać puste kartony, co jest o wiele mniej męczące.
Na zapleczu przebrałem się w strój do pracy, który nie jest zbyt wygodny. Jest to żółty T-shirt i zielone spodnie robocze na szelki z logiem marketu.
Bez zbędnych pogadanek zaczęliśmy prace. Gdyby ktoś z kierownictwa zauważył, że się obijamy, wylaliby nas na zbity pysk. Jordan, ja i jeszcze kilku innych chłopaków, z którymi nie mam, aż tak dobrych kontaktów nosiliśmy te "mniejsze" kartony, natomiast te duże zabierał jeden ze starszych pracowników wózkiem widłowym. W zależności od tego, co było w pakunku, musimy je umieścić na odpowiedniej półce w magazynie.
- Jestem wykończony. - stwierdził Jordan, gdy w końcu przyszła pora na piętnastominutową przerwę.
Uśmiechnąłem się do niego i pociągnąłem dużego łyka wody ze swojego kubka. Bogu dzięki temu kto postawił tu automat z wodą.
- Jeszcze tylko jeden. - powiedziałem, widząc przez okno podjeżdżający samochód ciężarowy. Ma dobre trzy godziny opóźnienia.
- Będzie nam kazał zostać po godzinach. - stwierdził z niezadowoleniem czarnooki.
Mnie również to się nie uśmiecha, ale znając naszego kierownika zamiast przydzielić to zmianie, która zaczyna od północy, będzie kazał nam zostać. Nasze przypuszczenia się sprawdziły, bo po niecałych pięciu minutach do pomieszczenia dla pracowników wparował kierownik.
Powiedział to, czego się spodziewaliśmy, czyli, że pójdziemy dopiero, gdy ciężarówka będzie pusta.
- Aha i jeszcze jedno. - powiedział, patrząc na nas. - Potrzebuję jednej osoby na nocną zmianę, jeden z pracowników się rozchorował.
W pierwszej chwili chciałem to zignorować, ale po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że dodatkowe pieniądze się przydadzą, szczególnie teraz, gdy ojciec zapomniał nam je wysłać.
- Ja mogę. - powiedziałem niby od niechcenia.
Starszy mężczyzna przyjrzał mi się uważnie. Dobrze wie, że jestem uczniem i następnego dnia mam szkołę. Poza tym jestem niepełnoletni i mój czas pracy ogranicza prawo, ale skinął głową na znak zgody. Czyli mają poważne braki kadrowe.
Gdy kierownik opuścił pomieszczenie, Jordan spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Czy ty czasem nie masz jutro szkoły?
Posłałem mu szeroki uśmiech.
- Ano mam. - stwierdziłem tylko.
Pokręcił głową niedowierzająco.
- Długo tak nie pociągniesz, chłopie.
Po tych słowach wstał i wziął się za robotę. Westchnąłem głośno i razem z resztą pracowników ruszyliśmy za nim.

Była piąta nad ranem, gdy przekroczyłem próg swojego mieszkania. W domu panuje głucha cisza, co wcale nie jest dziwne o tej porze dnia. Jestem tak zmęczony, że nim zastanowiłem się nad tym, czy przebierać się w piżamę, zasnąłem.
- Niall... Nialleer. - słyszałem czyjś głos jakby z oddali. - Niall, do cholery!
Niechętnie otworzyłem oczy. Pierwsze, co dostrzegłem, to rażący strumień światła, przez który mam ochotę zakopać się w swojej kołdrze jeszcze bardziej. Dopiero po chwili dostrzegłem rozzłoszczone niebieskie oczy. Podniosłem się ociężale i zerknąłem na zegarek. Wpół do ósmej. Za piętnaście minut mamy metro.
Cholera! Byłem tak wykończony, że zapomniałem nawet budzika nastawić.
Zerwałem się z łóżka, co nie było zbyt dobrym pomysłem. Momentalnie zakręciło mi się w głowie i gdybym nie oparł się o drzwi szafy pewnie miałbym bardzo bliskie spotkanie z podłogą.
- Może lepiej będzie jak dziś zostaniesz w domu... - powiedziała trochę zaniepokojona Sienna.
Uśmiechnąłem się uspokajająco.
- Jest dobrze, a po za tym ktoś musi odebrać Cal, bo sama nie da rady z tą nogą.
Dziewczyna po chwili wahania skinęła głową i opuściła pomieszczenie.
Ubrałem się szybko, żałując, że nie mam nawet czasu na szybki prysznic.
Poza tym czuje, że pod ciepłym strumieniem, zasnąłbym na stojąco, więc lepiej nie.
Gdy wszedłem już w pełni ubrany do kuchni, zastałem tam prawie wszystkich domowników.
- Tata! - krzyknął Noach, rzucając mi się na szyje. Nie mając zbyt dużego wyboru chwyciłem chłopca na ręce, a ten szybko się we mnie wtulił.
- Dziś obyło się bez koszmarów? - spytałem, czochrając go po włosach.
Chłopiec odepchnął moją rękę i radośnie pokiwał głową.
Odstawiłem go na ziemię i popatrzyłem na nich z lekkim przerażeniem.
- Tata Niall? - powiedział ze śmiechem w głośnie Sean.
- Mnie się tam podoba. - zawtórowała mu Sienna.
Spojrzałem z nadzieją na najmłodszą siostrę, niestety nawet ona mnie zawiodła. Podobnie jak Noach wstała od stołu i mocno się we mnie wtuliła.
- Dziękuje, tato. - szepnęła dziesięciolatka.
Odwzajemniłem uścisk. Pomysł został zaakceptowany. Od dziś przez młodszą część mojego rodzeństwa będę nazywany tatą. Mam wrażenie, że Cal również się do tego przyłączy.
- Tak właściwie, to o której wróciłeś? - spytał Sean, gdy zakluczyłem mieszkanie za naszą piątką.
- Było coś koło piątej nad ranem. - wzruszyłem ramionami.
Bliźniakom opadły szczęki.
- Zwariowałeś?! - wrzasnęła Sienn, tak głośno, że pobudziła pewnie połowę budynku. - Nie możesz tak robić, Niall. - dodała już spokojniej.
- To tylko jednorazowa sytuacja, po prostu na nocnej zmianie było zbyt mało ludzi, a nam dodatkowa kasa nie zaszkodzi.
Warknęła pod nosem coś niezrozumiałego, chwyciła najmłodszą dwójkę za rękę i ruszyła przodem.
- Ona ma rację. - stwierdził Sean. - Wykończysz się.
Uśmiechnąłem się smutno.
- Wiem, ale w tym miesiącu ojciec nie przysłał pieniędzy. - powiedziałem cicho, tak by Sienna, która szła przed nami nie usłyszała. - W piątek kończę osiemnaście lat, więc będę mógł pracować w pełnym wymiarze godzin. Może nie będę zarabiać dużo więcej, ale zawsze coś.
- Przecież ja też mogę iść do pracy... - zaczął, ale nie pozwoliłem by dokończył.
- Nie ma mowy. Skup się na nauce. Wystarczy, że ja mam na to ograniczony czas. - powiedziałem smutnym głosem.
Wiem, że Sean tak naprawdę nie chce pracować, ale podjąłby się tego, gdybym tylko go o to poprosił.
- Dziękuje, tato. - powiedział, przybierając na twarzy lekki uśmiech.
Oni są niemożliwi.
- Sienna! - zawołałem nastolatkę. Pokazała mi ręką, że słyszy, ale nadal jest na mnie wkurzona.
- Jeśli wychowawczyni Noacha będzie pytała o wycieczkę, powiedz, że mamy wyjazd rodzinny.
Znów ruch ręką, na znak że rozumie.
Chciałbym puścić młodego na tą wycieczkę, ale te pieniądze bardziej przydadzą się nam na co dzień.
- Cal wraca o drugiej. Dasz rade ją odebrać? My kończymy dopiero po trzeciej.
- Jasne. - rzuciłem z uśmiechem i zająłem miejsce w metrze, a Noach mimo tego, że jest mnóstwo wolnych miejsc i tak siedział mi na kolanach.
Na czwartej stacji Sienna i Noach wysiedli, a my pojechaliśmy dalej. Przy pierwszej staruszce, która nie miała miejsca szybko wstałem. Posiedziałbym tak jeszcze trochę, ale na pewno przespałbym przystanek, a znając życie ta dwójka, które jedzie ze mną kompletnie by o mnie zapomniała.
Cała nasza trójka wysiadła z pociągu i ruszyliśmy w stronę wyjścia z tunelu. Podstawówka Lei znajduje się po drugiej stronie ulicy. Natomiast Sean i ja jesteśmy zmuszeni, by iść pieszo przez jakieś piętnaście minut.
- Poradzisz sobie sam z tą dwójką? - spytał nim rozeszliśmy się do swoich klas.
- Coś wymyślę. - powiedziałem i oddaliłem się w stronę sali matematycznej.
Chłopcy już tam byli. Przybrałem uśmiech na twarzy i przywitałem się.
- Czemu nam nie powiedziałeś? - spytał Liam z obrażoną miną.
Zmarszczyłem brwi. Jestem tak śpiący, że nie do końca jarzę, co się dzieje wokoło mnie.
- Nie wiem o czym...
- Śledziliśmy cię wczoraj, Ni. - powiedział Harreh, zakładając ręce.
I teraz wszystko jasne. Ja im nie powiedziałem, to sami postanowili się dowiedzieć, co jakoś specjalnie mnie nie dziwi, bo wiedziałem, że byliby do tego zdolni.
- Dlaczego? - w oczach Zayna dostrzegłem smutek, przez który zrobiło mi się jakoś tak źle, jakbym go zawiódł.
Nie podoba mi się to uczucie.
Z głośnym westchnieniem opadłem na ławkę obok Lou, który jako jedyny jawnie mnie ignorował, grzebiąc coś w telefonie. Louis się nie obraża. On strzela efektywne fochy.
- Nie wiedziałem jak wam to powiedzieć. Jakoś nie potrafiłem się przemóc.
W tej chwili zdałem sobie z tego sprawę. Nic im nie powiedziałem. Bałem się. Bałem się, że dowiedzą się jak żyję i będą chcieli pomóc, a ja tego nie chcę. Nie ma potrzeby, by mieszali się w życie mojej rodziny.
- Och, Nialler. - powiedział Lou, obejmując mnie w pasie. - Przecież jesteśmy przyjaciółmi, masz nam mówić o takich rzeczach i to nie jest prośba, jasne?
Zaśmiałem się, słysząc poważny ton w jego ustach, który zupełnie do niego nie pasuje.
Pozostała trójka również się uśmiechnęła, rozluźniając atmosferę.
- To jest jeszcze coś o czym nie wiemy? - spytał czarnowłosy, łapiąc mój wzrok, który szybko odwróciłem.
Och, Zayn, gdybyś tylko wiedział ile tego jest nigdy byś nie zapytał.
- Na pewno coś by się znalazło. - rzuciłem, wiedząc, że pod takim naciskiem nie jestem w stanie ich okłamać, mówiąc, że wszystko jest w porządku. Po prostu nie mam na to siły.
Wymienili między sobą zdziwione spojrzenia.
- To może... - wypowiedź Li została przerwana przez dzwonek na lekcje.
Hazz pospiesznie się z nami pożegnał, a Lou cmoknął w policzek, przez co ten momentalnie się zaczerwienił.
Zachichotałem na ten widok, a Liam i Zayn się do mnie przyłączyli.
Nauczyciel bez zbędnych słów wpuścił nas do klasy. Zająłem swoje stałe miejsce, które dzielę z Zaynem, natomiast Lou i Liam siedzą za nami.
Głos pana Michelsa nawet w normalnych okolicznościach działa na mnie usypiająco, a teraz gdy spałem niecałe dwie godziny i na dodatek mój żołądek jest tak pusty, że nawet przestał burczeć wiele mi nie było trzeba, aby moja głowa opadła na ławkę. Resztkami świadomości zasłoniłem się rękami i chociaż spróbowałem ukryć to, że śpię.
- Niall! - usłyszałem głośne syknięcie przyjaciela tuż koło ucha. Podniosłem ociężałą głowę i spojrzałem prosto w jego duże brązowe oczy.
- Rozumiem na innych lekcjach. - szepnął, rozglądając się na boki. - Ale nie na matmie, człowieku!
Uśmiechnąłem się ospale.
- Przepraszam Zi, ale mam to gdzieś. - powiedziałem i wróciłem do mojego poprzedniego zajęcia.
Usłyszałem jęk dezaprobaty.
Wydawało mi się, że słyszę jak mówi "idiota", ale mogło mi się to przyśnić.

- Fuksiarz! - stwierdził Lou, gdy szliśmy pod następną salę. - Gdybym to ja uciął sobie drzemkę na lekcji Michelsa... - wzdrygnął się na samą myśl o karze jaka by go spotkała.
- Drzemka? - spytał z niedowierzaniem Zayn. - On najzwyczajniej w świecie spał, proszę cię, gdybyś się przysłuchał, usłyszałbyś jak chrapie...
- Ja słyszałem. - zaśmiał się Liam.
- Ej, ja tu jestem! - krzyknąłem do nich
Zaśmiali się tylko i kompletnie mnie zignorowali.
Z daleka zobaczyłem Seana, pomachałem mu, a on uśmiechnął się i do mnie podszedł. Chłopcy ruszyli dalej, a ja zostałem z bratem trochę w tyle.
- I jak, wymyśliłeś coś? - spytał.
Uśmiechnąłem się przepraszająco.
To nie jest takie proste. Cal ma złamaną nogę i pewnie będę musiał ją nieść, a jednocześnie muszę uważać na młodego, którego odbiorę z przedszkola. Wsiadanie z Calrie do metra w takim stanie byłoby niebezpieczne, o tej porze będzie niemal na pewno pękać w szwach.
- Wychodzi na to, że czeka nas mały spacer. - powiedziałem zrezygnowany.
- Rób, co chcesz, ale uważaj na nich.
Skinąłem głową i ruszyłem w stronę przyjaciół, którzy jakimś cudem skapnęli się, że nagle zniknąłem i czekali kawałek przed nami
- ...Wiesz, Lou, sam to zacząłeś. - powiedział ze śmiechem Hazz.
- Ale to nie zmienia faktu, że gość nie powinien zajeżdżać mi drogi! Pomyśl, co by się stało, gdybym nie zdążył wyhamować. - powiedział, robiąc smutne oczy i wydął wargę
- Jesteś świetnym kierowcą, Lou, więc nie widzę problemu - uspokoił go Hazz i czule przytulił.
Jeśli Louis Tomlinson jest dobrym kierowcą, to równie dobrze ja mogę być gwiazdą rocka. Tylko raz w życiu wsiadłem do jego samochodu i wtedy obiecałam sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. Tak w ogóle to dziwne, że jeszcze żadnego mandatu nie dostał, bo jest klasycznym przykładem pirata drogowego.
Po minach Liam i Zayna, zgaduję, że ich opinia dużo się od mojej nie różni.
- Osoba, która zaliczyła mu jazdę, musi być kompletnym idiotą. - powiedziałem cicho, by nasze kochasie tego nie usłyszały.
- Idiotą? Pewnie był przerażony perspektywą tego, że Louis może jeszcze tam wrócić. - zaśmiał się Zayn, a my razem z nim.
Szkoda, że Lou jest tak kiepskim kierowcą, bo w tej chwili jego pomoc by mi się przydała... Walnąłem się otwartą dłonią w czoło. No tak, jak mogłem zapomnieć?! Przecież Zayn też ma prawko.
Strasznie mi głupio go o to prosić, ale naprawdę nie uśmiecha mi się wizja niesienia Cal przez całą drogę, która wcale nie jest krótka. Szczególnie, że nie jestem w szczytowej formie.
Raz się żyje, pomyślałem i wziąłem głęboki wdech.
- Zayn, możemy pogadać? - spytałem, starając się unikać jest wzroku.
Chłopak uśmiechnął się lekko i skinął głową. Odeszliśmy kawałek na bok, bo reszta była zajęta wykłócaniem się o to na jaki film chcą iść do kina.
- Pamiętasz jak wczoraj nagle wyszedłem ze stołówki?
Czarnowłosy spojrzał na mnie zdziwiony, ale skinął głową.
- Gdy cię w końcu znalazłem byłeś roztrzęsiony.
Uśmiechnąłem się słabo.
- Moja siostra miała wypadek. - powiedziałem słabym głosem. - Na szczęście nic jej nie jest, a gdy usłyszałem, że były ofiary śmiertelne przeraziłem się. Przepraszam, że byłem wtedy taki oschły... - nie skończyłem zdania, nie byłem w stanie, gdy poczułem jak silne ramiona Zayna mnie oplatają. Odruchowo się w niego wtuliłem. Otoczył mnie przyjemny zapach jego perfum. Czułem bijącą od niego troskę.
Policzyłem w myślach do trzech i odsunąłem się od wyższego chłopaka. Było mi tak przyjemnie, że mógłbym zostać w jego ramionach do końca życia, ale niestety życie to nie bajka.
Spojrzałem mu w oczy i na jednym wydechu powiedziałem:
- Potrzebuję samochodu, kierowca też by się przydał, boję się prosić Lou, a... - mówiłem tak szybko, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby nic z tej paplaniny nie zrozumiał.
Chłopak uniósł brew do góry.
- I to jest to, o co chciałeś spytać? - zaśmiał się, gdy skinąłem głową na tak.
- Jesteś niemożliwy Ni, wystraszyłeś mnie. Nie musiałeś nawet o to pytać.
Ma racje, dawny Niall władowałby mu się do samochodu i po prostu powiedział, gdzie chce jechać.
Aż tak bardzo się zmieniłem przez ten rok?

czwartek, 10 września 2015

02 (Where did my angels go?)


beta: Mixer  
 zapraszam do czytania jej prac, które  są genialne ;) Znajdziecie ją: TU, TU i na WATTPADZIE
♥♥♥♥

Pożegnałem się z Harrym przy wejściu do szkoły, bo mieliśmy lekcje w osobnych częściach budynku. Jestem w drugiej klasie liceum ogólnokształcącego, moje oceny nie są złe, ale pewnie byłyby lepsze, gdyby nie nadmiar zajęć. No, ale na własne życzenie zapisałem się do szkolnego klubu piłkarskiego, więc nie mam prawa narzekać. Myślę, że było to spowodowane nie tyle tym, że uwielbiam nogę, ale bardziej potrzebą normalności. Mój plan rozkłada się tak, że dwa razy w tygodniu mam trening do 16, a o siedemnastej zaczynam pracę do 22, czyli w pełnym wymiarze godzin. I pewnie gdyby nie jakieś tam przepisy, pracowałbym również w weekendy, ale niestety nie mogę, bo nie mam ukończonych 18 lat, co ma się zmienić za zaledwie dwa dni. Sean również chciał poszukać pracy, ale kategorycznie mu tego zabroniłem. Nie chcę, by przechodził przez to, co ja. Kiedyś chciał iść na studia dziennikarskie i nie pozwolę, by z tego zrezygnował, bo wiem ile to dla niego znaczy.
Czasem zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zrezygnować z piłki, ale boję się. Boję się, że stracę kontakt z przyjaciółmi.
Skoro o przyjaciołach mowa, właśnie dostrzegłem czarną czuprynę Zayna. Gdy podszedłem bliżej, dostrzegłem, że stoi w towarzystwie Liama.
Podszedłem do Malika od tyłu i dźgnąłem go w żebro. Przerażony chłopak odskoczył na dobre dwa mery.
- To bolało. - stwierdził z wyrzutem.
Uśmiechnąłem się beztrosko i wzruszyłem ramionami.
- Działo się coś ciekawego? - spytałem Liama
- Nic, a nic. No może poza tym, że Lou zgubił wczoraj telefon.
Zmarszczyłem nos.
- Znowu?
Louis gubi telefon średnio cztery razy w tygodniu, po czym okazuje się, że schował go do plecaka zamiast kieszeni i nie potrzebnie panikuje.
- O wilku mowa. - powiedział Zayn, patrząc ponad moim ramieniem. Odwróciłem się i ujrzałem niskiego szatyna włóczącego nogami po szkolnej podłodze. Na kilometr widać, że ma doła.
- Liiiiiaammm - powiedział przygnębionym głosem i przytulił się do młodszego chłopaka jak do misia. - Nie ma go nigdzie. Sprawdziłem wszędzie. Szatnia, stołówka, sala od biologi, nawet na dachu go nie ma!
- Co ty, do cholery robiłeś na dachu? - spytał Zayn, unosząc brew.
Louis zesztywniał, a jego twarz pokryła się krwawą czerwienią. Odsunął się od Li i unikając wzroku Mulata, zaczął się jąkać:
- Yyyy... no... ten... tego.... coś.
Razem z Malikiem spojrzeliśmy po sobie, po czym wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
- Ten-tego, powiadasz? Hazz był z tobą, jak się domyślam - rzekł czarnowłosy, nadal krztusząc się śmiechem.
Dopiero po chwili do Lou dotarło, co ten ma na myśli. Chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej, po czym zdzielił Mulata po głowie.
- To nie jest śmieszne, Zayn. To jest sprawa życia i ś...
- Sprawdzałeś swoją szafkę? - spytałem od niechcenia.
Chłopak już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale szybko je zamknął.
- Kurwa. - powiedział tylko i biegiem ruszył w stronę głównego korytarza.
Liam pokręcił głową z niedowierzaniem, a Zayn i ja szczerzyliśmy się głupkowato.
Gdy zadzwonił dzwonek, weszliśmy do klasy, w której mamy mieć teraz zajęcia
Usiadłem na swoim miejscu, czyli w ostatniej ławce pod oknem, a Liam i Zayn usiedli ławkę przede mną.
Po chwili do pomieszczenia wpadł zadyszany Lou.
- Przepraszam za spóźnienie. Sprawa wagi państwowej. - posłał kobiecie jeden ze swoich uroczych uśmiechów.
- No ja myślę. - powiedziała i wróciła do uzupełniania dziennika.
Lou zajął miejsce obok mnie z bananem na twarzy.
Już nawet nie muszę pytać, czy znalazł telefon. Lekcja historii z panią Clark wygląda mniej więcej tak, że ona mówi, a my udajemy, że ją słuchamy, przy czym gdy zorientuje się, że tylko udajemy wyciąga konsekwencje...
Mimowolnie wyjrzałem przez okno. Szkolny dziedziniec świeci pustkami. Pogoda nie jest zbyt ciekawa, więc nawet ci, którzy mają okienko wolą ten czas przesiedzieć na szkolnej stołówce niż marznąć na zewnątrz. Po chwili jednak dostrzegłem wyjątek. Ktoś stał oparty o szkolną bramę i jakby obserwował budynek szkoły. Z tej odległości jestem w stanie powiedzieć tylko, że jest to wysoki brunet w czarnej skórzanej kurtce i glanach. Czyli typowy gangster. Przez chwile miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się skrzyżowały i tamten się uśmiechnął.
- Niall? - usłyszałem nad sobą głos nauczycielki. Spojrzałem na młodą kobietę o krótko ostrzyżonych czarnych włosach i migdałowych oczach. - Czy możesz odpowiedzieć na moje pytanie?
No to mam przerąbane. Wstałem z miejsca i spojrzałem na Louisa, szukając w nim pomocy. Chłopak zaczął przesadnie ruszać ustami z czego zrozumiałem tylko "francuski" i "wojsko"
- Napoleon. - palnąłem bez zastanowienia. Lou palnął się z otwartej ręki w czoło, a nauczycielka uśmiechnęła się.
- Tak, Niall, rzeczywiście Napoleon Bonaparte był dowódca wojsk francuskich, jednak wątpliwe, by był nim w czasach II wojny światowej, którą swoją drogą przerabiamy od ponad dwóch miesięcy. - westchnęła głośno, kręcąc głową. - I co ja mam z tobą zrobić, co?
Tylko nie jedynkę, tylko nie jedynkę... błagałem w myślach.
- Chodź - powiedziała i odeszła do swojego biurka
Przełknąłem głośno i rzuciłem zbolałe spojrzenie chłopakom. Ci jedynie zaśmiali się i szeptali między sobą.
- Zaniesiesz ten dziennik panu Hallowi. - powiedziała, podając mi zeszyt z ocenami swojej klasy. - Ma teraz lekcje w klasie 56 w budynku A.
Skrzywiłem się na samą myśl o tym, że muszę wyjść bez kurtki na ten ziąb, ale posłusznie wziąłem dziennik i wyszedłem z klasy. Nasza szkoła podzielona jest na trzy skrzydła, które są ułożone na kształt litery U.
Teraz mam lekcje w budynku C, co znaczy, że muszę przejść przez cały dziedziniec, bo oczywiście jakiś genialny architekt nie pomyślał o połączeniu budynków... Moglem też zejść do piętra piwnicznego po swoją kurtkę, ale po co?
Wziąłem głęboki wdech i wybiegłem na chłodne marcowe powietrze.
W tej chwili naprawdę się cieszę, że zacząłem trenować. Sprawnie pokonałem odległość ok. dwustu metrów między budynkami i ruszyłem w stronę wskazanej przez historyczkę klasy.
Zapukałem i wparowałem do środka. Pan Hall jest nauczycielem muzyki, więc nic dziwnego, że na jego lekcji panuje harmider. Nauczyciela nie było przy biurku, więc przeszukałem wzrokiem klasę. Mało kogo kojarzę, bo są to pierwszaki. W końcu jednak dostrzegłem nauczyciela pochylającego się i szukającego czegoś w wielkiej szafie na końcu klasy. Większość uczniów nawet nie zauważyła mojej obecności. Byli zbyt zajęci zadaniem jakie powierzył im nauczyciel. Polegało chyba na tym, by napisać słowa piosenki, bo wszyscy przekrzykiwali się coraz to głupszymi pomysłami.
- Przepraszam, że przeszkadzam. - powiedziałem, stając obok nauczyciela. Mężczyzna spojrzał na mnie zza swoich grubych szkieł.
- Niall? Co cię do mnie sprowadza?
Podałem mu dziennik klasy pierwszej B i odpowiedziałem:
- Napoleon, proszę pana. - uśmiechnąłem się do niego, co odwzajemnił i ruszyłem w drogę powrotną.
Byłem prawie przy końcu dziedzińca, gdy odniosłem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałem się, ale nikogo nie dostrzegłem. Tajemnicza postać, którą widziałem przez okno zdążyła się ulotnić.
Wzruszyłem ramionami i wróciłem do klasy.

- Bożeee, jaki jestem głodny... - jęknął Lou w drodze na szkolną stołówkę.
Chłopcy ustawili się w kolejce, by odebrać jedzenie, a ja ruszyłem szukać wolnego stolika, co w sumie graniczy z cudem, ale mi się udało. Zająłem miejsce i czekałem, aż do mnie dołączą. Pierwszy przyszedł Harry, niosąc na tacy dwie bułki, jabłko i jakiś sok.
- Słyszałeś, że mamy mecz towarzyski? - spytał, szczerząc się od ucha do ucha.
- Jaki mecz? - spytałem, bawiąc się rękawem bluzy.
Zanin zaczął mi tłumaczyć, o co chodzi pojawiła się reszta, również zdziwiona wieścią Harry'ego.
- Kapitanowi udało się przekonać trenera, że będzie to świetny sprawdzian umiejętności przed turniejem. Dziś na treningu ma podać skład wyjściowy.
Zaczęliśmy przybijać sobie piątki. Piłka jest naszą wspólną pasją, którą zakorzenił w nas Louis w drugiej klasie podstawówki. Chciał za wszelką cenę uprawiać sport. Była koszykówka, tenis, siatka, pływanie, ale dopiero piłka nożna przypadła mu do gustu i najpierw wciągnął w to Zayna, Liama i mnie, a później także Hazze.
- Czemu nic nie jesz? - spytał Zayn, dziwnie mi się przyglądając.
W tym wszystkim zapomniałem, że nie mam dziś śniadania.
Posłałem mu uśmiech i ruszyłem w stronę lady.
- Poproszę bułkę z szynką i serem. - powiedziałem w stronę podstarzałej kobiety pracującej w sklepiku szkolnym.
Kobieta podała mi, o co prosiłem, a ja zapłaciłem z bólem serca, stwierdzając, że właśnie wydałem ostatnie pieniądze.
Zawsze tak jest, moja wypłata prawie nigdy nie wystarcza. Zostało mi ostatnie 30 funtów, za które musimy przeżyć do końca tygodnia.
Z lekko zepsutym humorem wróciłem do chłopaków, którzy byli właśnie w trakcie obgadywana naszego przeciwnika. Na szczęście nikt z nich nie zauważył mojej nagłej zmiany humoru. Przeczesałem wzrokiem salę, a moje spojrzenie spotkało się z równie smutnym wzrokiem Sienny, jednak ta szybko spuściła wzrok i uśmiechnęła się sztucznie do koleżanki.
Zmarszczyłem brwi. O nie, nie ze mną te numery.
Wyciągnąłem telefon i wystukałem wiadomość do nastolatki:
Do: Sienna
Co jest?
Cały czas ją obserwowałem, wyciągnęła telefon, po czym szybko wsunęła go z powrotem do kieszeni.
Ponownie wysłałem sms-a:
Do: Sienna
Masz minute na odpowiedź albo tam idę.
Tym razem spojrzała mi w oczy i ruchem głowy pokazała wyjście z sali, po czym szturchnęła swojego bliźniaka i po krótkiej wymianie zdań skierowali się we wskazane przez dziewczynę miejsce. Tak bardzo mnie zaniepokoili, że odszedłem od stołu, nic nie mówiąc.
Szybko dogoniłem dwójkę rodzeństwa, którzy czekali na mnie przed wejściem. Dziewczyna zajrzała do jednej z klas, a gdy okazała się pusta, wpuściła nas przodem.
- No czekam. - powiedziałem, patrząc na nią
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i powiedziała coś, czego nigdy w życiu nie spodziewałem się usłyszeć.
- Zanim zaczęły się lekcje, dostałam telefon. Clarie miała wypadek.
Momentalnie zrobiło mi się słabo.
- Jaki wypadek? Nic jej nie jest? Boże... - powiedziałem, osuwając się po ścianie i chowając twarz w dłoniach.
- Ma złamaną nogę i jest posiniaczona, ale żyje. Inni nie mieli tego szczęścia.
Sean wyglądał równie blado, co ja teraz, czyli jemu Sienn też nie powiedziała.
- Wiedziałam jak zareagujecie, więc chciałam z tym poczekać, aż wrócimy do domu. - wytłumaczyła się.
- Dobrze, że żyje. - szepnąłem. - Co się stało? - spytałem.
Dziewczyna zacisnęła usta w wąską linie i otarła łzy wierzchem dłoni.
- W jej grupę wjechał samochód, kierowca był pijany. Zginęły dwie dziewczynki, a dziesięć jest rannych, w tym Cal.
- Cholera.- powiedział mój brat, zaciskając pięści ze złości.
- Sean. - szepnęła dziewczyna, łapiąc go za rękę, by się uspokoił. - Nic jej nie jest, słyszysz? Dzwoniła do mnie.
Chłopak uklęknął obok mnie.
- Nie wierzę, że mogliśmy stracić jeszcze ją. - powiedział, chowając twarz w dłoniach. - Nie chcę już nikogo tracić. Najpierw ten idiota Greg, później Nath, ojciec i jeszcze matka, która niby jest, a jednak jej nie ma. Mam tego dość.
- Ja też mam tego wszystkiego dość. - powiedziałem, patrząc mu w oczy. - Ale jedyne, co możemy zrobić, to iść dalej, bo tylko to nam pozostało, prawda?
Obydwoje skinęli głowami.
- Chodźcie już, bo będą się o nas martwić. - powiedziałem, podnosząc się z brudnej podłogi. Pokiwali głowami i w ciszy opuściliśmy salę, do której zaciągnęła nas Sienna.
I rzeczywiście, po rozstaniu z bliźniakami nie minęło dużo czasu, gdy dopadł mnie zadyszany Zayn.
- W końcu... cię... znalazłem. - wydyszał, opierając swoje dłonie na kolanach.
- A coś się stało? - spytałem, marszcząc brwi.
- To ja się ciebie o to pytam. Wyszedłeś tak nagle i z taką miną, że na serio nas przestraszyłeś.
Zaśmiałem się nerwowo.
- Przepraszam, Zayn. Nagłe zebranie rodzinne i te sprawy...
Nagle chwycił mnie za rękę.
- Niall, co się stało? Jesteś jeszcze bardziej blady niż zazwyczaj.
Przed chwilą dowiedziałam się, że moja młodsza siostra była o włos od śmierci. Co, mam skakać z radości? Szczerze mówiąc nadal jestem przerażony po tym, co powiedziała nam Sienna. Dosłownie czuję jak trzęsą mi się ręce. Niestety chłopak również to zauważył. Szybko wyszarpnąłem dłoń z jego uścisku.
Chłopak zmarszczył brwi, a ja posłałem mu uspokajający uśmiech.
- Już wszystko w porządku, Zayn. - powiedziałem tonem, który jasno oznaczał, że nie mam najmniejszych chęci na kontynuowanie tej dyskusji.
Zadzwonił dzwonek, więc wspólnie ruszyliśmy na następne zajęcia.

niedziela, 6 września 2015

01. (Where did my Angels go)


-Niall? -Usłyszałem zduszony głosik przy moim uchu. Podniosłem ciężkie powieki i moim oczom ukazał się czterolatek z przerażonym i zaspanym wzrokiem.
-Noach?-spytałem zachrypniętym głosem. -Dlaczego nie śpisz?
Chłopczyk spuścił wzrok, tak jakby się czegoś wstydził.
-Miałem zły sen i teraz nie mogę spać. -Mimo iż powiedział to typowym dla dziecka sepleniącym głosem, udało mi się wszystko zrozumieć.
Posłałem mu zmęczony uśmiech i zrobiłem miejsce na moim i tak małym łóżku. Mój brat wgramolił się na posłanie i od razu we mnie wtulił. Zerknąłem na wyświetlacz budzika. 3.42. Za długo to my sobie nie pośpimy. Pomyślałem nim moje powieki opadły.
Chwile później zadzwonił budzik. Jakim cudem skoro dopiero bo była czwarta. Spojrzałem z wyrzutem na brzęczące urządzenie, mając nadzieje że to Noach znów przy nim na grzebał. Niestety nie. Godzinna 7.00. Czas do szkoły.
-Wyłącz to cholerstwo.
Obróciłem się w stronę drugiego łóżka. Sean leżał zakopany po szyje w kołdrę, a do głowy przyciskał poduszkę. Przewróciłem oczami na ten widok i wyłączyłem budzik.
-Dalej młody, wstajemy. -Szturchnąłem, chłopca który leżał rozwalony na prawie całej powierzchni mojego łóżka. Na próbę obudzenia, tylko jeszcze bardziej się skulił.
Westchnąłem głośno, codziennie rano to samo, za żadną cholerę nie da się wywalić tej dwójki z łóżek.
Podniosłem się i podszedłem do szafy, najpierw wyciągnąłem z niej ubrania dla 4 latka, a później dla siebie. Nasz pokój nie jest duży, można powiedzieć że nawet trochę za mały jak na trzy osoby, ale jakoś dajemy radę, W sumie jest tu miejsce tylko na trzy małe łóżka, jedną dużą szafę i biurko.
-Wstawaj Sean i weź też młodego obudź. -Usłyszałem tylko jęk irytacji, który zresztą jak zwykle zignorowałem.
Wziąłem wcześniej wybrane dla siebie rzeczy i ruszyłem w stronę łazienki.
Mieszkanie które zajmujemy jest dość małe. W sumie składa się z dwóch sypialni, małej łazianki i salonu połączonego z kuchnią. Sean, Noach i ja zajmujemy tą mniejszą sypialnie. Drugą, która jest minimalnie większa zamieszkują moje trzy siostry. Natomiast mama sypia na rozkładanej sofie w salonie, i niezbyt często opuszcza to miejsce...
Wracając do moich sióstr, jedna z nich właśnie zajmuje łazienkę. Jak pewnie możecie się domyślić, Jedna łazienka na siedem osób, w tym trzy dorastające nastolatki, nie wróży nic dobrego. Nie pozostało mi nic innego jak czekać.
Po dobrych pięciu minutach z pomieszczenia wyszła w pełni ubrana i umalowana Sienna. Jest trochę niższa ode mnie, ma długie ciemno brązowe włosy i "świecące" piwne oczy, a uśmiech praktycznie nigdy nie schodzi jej z ust.
-Dłużej się nie dało? -Spytałem z udawaną złością.
Zaśmiała się głośno.
-Jak chcesz to mogę tam jeszcze wrócić...
Pokręciłem głową z niedowierzaniem, i wszedłem do jasnego pomieszczenia. Przemyłem twarz zimną wodą i umyłem zęby. Ubranie się nie zajęło mi dużo czasu. Założyłem zwykłe niebieskie rurki do tego bordowy t-shirt i standardowo czarną rozpinaną bluzę. Na nadgarstki wsunąłem kilka bransoletek, jest to od kilku lat nieodłączna część mojej garderoby, ale o tym może kiedy indziej.
Wychodząc z łazienki natknąłem się kolejna z moich sióstr. Lea, jest koleją osobą w tej rodzinie , dla której wstanie z łóżka to katastrofa narodowa. Na co dzień dziesięciolatka jest raczej zamknięta w sobie, nie lubi rozmawiać z obcymi i obraca się w kręgu kilku zaufanych przyjaciółek. Przy mnie i reszcie domowników jest dużo bardziej rozmowna. Uśmiechnąłem si do niej, na co odpowiedziała niemrawym pomrukiem i zamknęła za sobą drzwi do łazienki. W kuchni zastałem Sienne przygotowującą siadanie w postaci dużej ilości kanapek. Zmarszczyłem brwi patrząc na talerz. Dziewczyna widząc moją minę wyjaśniła szybko.
-Nie starczyło chleba na więcej.
Co oznacza że czeka mnie dzisiaj wizyta w super markecie. Westchnąłem cicho i zabrałem się za robienie sobie herbaty.
-Nie jesz? -Spytała Sienna zmartwionym głosem.
Pokręciłem przecząco głową.
-Za mało dla wszystkich. Najedzcie się, a ja kupie sobie coś w sklepiku szkolnym.
Dziewczyna pokiwała z zrozumieniem głową i zabrała się za jedzenie.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się Lea a za nią przydreptał Noach.
Czego mi tu brakuje...
Olśniło mnie dopiero gdy Do pomieszczenia wpadł Sean i opadł na jednym z krzeseł.
-Gdzie jest Calrie?
Czyt. siostra z numerem 3.
Dziesięciolatka posłała mi zdziwione spojrzenie, a Sienn przewróciła oczami.
-Ma dzisiaj zawody w Manchesterze. Gadała o tym jak najęta od ponad miesiąca. -Odpowiedział mi Sean.
Myślę że mogliście się już pogubić więc, lepiej będzie jak wytłumaczę.
Tak naprawdę mam siedmioosobowe rodzeństwo, z tym że moich dwóch starszych braci już z nami nie mieszka. Choć trafniej będzie powiedzieć że jeden z nich nie żyje, a drugi ma nas gdzieś. Greg zmarł trzy lata temu w wypadku na motorze, miał wtedy 19 lat. Natomiast aktualnie 22 letni Nathaniel przepadł, zostawiając po sobie krótką notatkę na lodówce. "Wyjeżdżam, nie martwcie się''. Stało się to zaledwie miesiąc po wypadku Grega. Rodzice zaczęli się dużo kłócić, aż w końcu ojciec również nie wytrzymał i odszedł do swojej kochanki. Po natłoku tych zdarzeń mama popadła w depresje. Całymi dniami leży na kanapie i wpatruje się w sufit. Po tym wszystkim cała odpowiedzialność za utrzymanie domu i wyżywienie jeszcze piątki rodzeństwa spadła na mnie.
Mam siedemnaście lat i na imię Niall. Po mnie na świat przyszli Sean i Sienna, bliźniaki mają po 16 lat. Następnie jest trzynastoletnia Calrie, w skrócie Cal. Lea, która ma dziesięć lat, oraz najmłodszy czteroletni Noach.
Tak, wiem sporo nas, ale jakoś dajemy rade.
Na mojej liście do zamordowania, aktualnie znajdują się dwie osoby. Myślę że domyślacie się o kogo chodzi. Najpierw Nathaniel, który nie daje znaku życia od prawie trzech lat, a zaraz po nim jest ojciec, nie odzywa się do nas odkąd opuścił nasz dom z walizką w ręce. Co prawda przysyła pieniądze, ale jest to mała kwota i gdybym nie znalazł pracy, już dawno nie mielibyśmy gdzie mieszkać. Wspólnie z dwójką o rok młodszego rodzeństwa zadecydowaliśmy że najlepszym wyjściem będzie sprzedanie domu i przeprowadzka. Za większą część pieniędzy z sprzedaży domu, kupiliśmy to oto małe mieszkanie, a reszta jest na zamrożonym koncie w banku i czeka aż któreś z nas będzie chciało iść na studia.
Bardziej poczułem, niż zobaczyłem że ktoś macha mi ręką przed oczami. Tą osobą okazał się mój kochany brat. Miał już na sobie kurtkę i buty, co oznacza że jest gotowy do wyjścia.
-Jedziesz z nami, czy postanowiłeś się przejść te 15 km?
Nie musiał dwa razy powtarzać. 2 minuty później cała nasza szóstka szła na pobliską stacje metra.
-Czekajcie, skoro nie ma Cal, kto zaprowadzi Noacha do przedszkola? -Spytała nagle Sienna.
Wszyscy stanęliśmy jak wryci i spojrzeliśmy przerażonym wzorkiem na uśmiechniętego czterolatka.
Gimnazjum Calrie jest praktycznie naprzeciwko jego przedszkola więc zazwyczaj to nie był problem. Podstawówka i liceum są jednak na drugim końcu miasta.
-Co macie na pierwszej lekcji? -Zwróciłem się do bliźniąt.
Chłopak skrzywił się lekko i odpowiedział.
-Matme z Monchem.
Westchnąłem z frustracją. Że też nie mogli trafić na normalnego nauczyciela.
-Ja mam Francuski, więc lepiej jak to ja pojadę.
Oni lepiej niż ja wiedzą co to znaczy celowo opuścić lekcje u tego nauczyciela, a później pozwolić by zobaczył cię w szkole.
Tak jak ustaliśmy, tak zrobiliśmy. Wysiadłem z czterolatkiem na czwartej stacji, a reszta pojechała dalej. Teraz czeka nas dziesięć minut drogi.
-Pani mówiła ze chce rozmawiać z mamą bo nie było jej na zebraniu.
To była odpowiedź na pytanie.
"Co tam słychać w przedszkolu?"
Skrzywiłem się lekko na słowa chłopca. Bo przyprowadzenie mamy w stanie w jakim się znajduje do szkoły, nie jest dobrym pomysłem. Powiem nawet że to jest bardzo zły pomysł. Ona zachowuje się jak jakieś zombie, jedyny moment dnia w jakim wstaje z kanapy to wtedy gdy musi do łazienki.
Uśmiechnąłem się do chłopca.
-A co odpowiedziałeś pani?
Czterolatek wzruszył ramionami, co w jego wykonaniu wyglądało dość śmiesznie.
-Powiedziałem że mama jest chora.
Odetchnąłem z ulgą. Dzieci mają to do siebie że paplają co im ślina język przyniesie. W tym momencie mam szczęście że Noach nie jest zbyt rozmowny.
Wszedłem z chłopcem do budynku i pomogłem mu rozebrać się z kurtki oraz przebrać buty.
Przytrzymałem go chwile gdy weszliśmy do sali.
-Która to twoja pani. -Spytałem, bo w pomieszczeniu znajdowało się kilka kobiet w odpowiednim wieku na taką funkcje.
Chłopiec wskazał palcem, około 40-letnią, trochę grubszą kobietę w okularach i o wściekle czerwonych włosach.
Pokiwałem głową, dając mu do zrozumienia że widzę.
-Baw się dobrze. -Powiedziałem i chciałem odejść, ale przytrzymał mnie za nogawkę
Posłałem mu pytające spojrzenie.
-Clalie mnie pzzytula. A ty mnie nie pzzytuliłeś. -Stwierdził naburmuszonym głosem i spojrzał na mnie z wyrzutem.
Zaśmiałem się głośno, wiozłem czterolatka na ręce po czym mocno i przytuliłem.
-Wystarczy. -Spytałem nadal mając go na rękach.
-Nie. -Powiedział dobitnie i mocniej wtulił się w mój trost. Po dłużej chwili trochę rozluźnił uścisk, dzięki czemu mogłem postawić go na ziemi.
-Dziękuje, Papa tatusiu! -Powiedział po czym oddalił się w stronę kolegów.
A ja stałem jak wryty, z szokiem wymalowanym na twarzy.
Nazwał mnie tatą i to nie było zwykłe przejęzyczenie.
Zdarzyło mu się to po raz pierwszy, i nie mam pojęcia zareagować Przecież nie jestem jego tatą, tylko bratem.
Jednak w praktyce jest zupełnie inaczej. I nie dziwie mu się, bo zachowuje się bardziej jak ojciec niż jak brat. A on zapewne nie pamięta już nawet, naszego prawdziwego taty. Będę to musiał obgadać z resztą.
Podszedłem do wskazanej przez brata kobiety, muszę załatwić tą sprawę przez którą chce widzieć mamę.
-Dzień dobry. -Powiedziałem gdy stanąłem obok niej. -Jestem starszym bratem Noacha, Niall.
-Co cię do mnie sprowadza? -Spytała z uśmiechem.
Wydaje się dość miłą kobietą, więc odwzajemniłem gest.
-Młody powiedział że pytała pani o mamę i dlaczego nie była na wywiadówce. Poprosiła mnie bym przyszedł i spytał się czy chodzi o o coś ważnego. -Wyjaśniłem kłamiąc bez zająknięcia.
Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym chwyciła z biurka jakiś papier.
-Noach jest wyjątkowo grzecznym chłopcem, więc nie chodzi tu z złe zachowanie. -Uspokoiła mnie. - W tym roku dzieci, kończą tu naukę, więc wspólnie z rodzicami zadecydowaliśmy o wycieczce. To jest zgoda, mógłbyś przekazać mamie?
Pokiwałem głową po czym na szybko przestudiowałem, co na nim pisze.
"Oświadczam że wyrażam/nie wyrażam zgody na..."
Nie dostrzegłem jednak najważniejszej informacji.
-Jaki będzie koszt? -Spytałem niby od niechcenia.
-W granicach 45$. -Odpowiedziała praktycznie od razu.
Podziękowałem i pożegnałem się z kobietą. Tą całą wyciecze również będę musiał obgadać z Sienną i Seanem, dla nas kwota 45$ nie jest mała.
Westchnąłem głośno i szybkim krokiem ruszyłem z powrotem na stacje metra. Jakoś nie mam ochoty spóźnić się jeszcze bardziej.
Na pociąg czekałem jakieś 15 minut, do szkoły zdążę idealnie na drugą lekcje.
Nie zdążyłem dobrze usiąść, gdy usłyszałem jak ktoś woła moje imię. Po chwili obok mnie pojawię się uśmiechnięty chłopak o kręconych włosach i dużych szmaragdowo zielonych oczach. Chłopak podszedł do mnie i uściskał na powitanie. Normalni przyjaciele tak nie robią, ale ja nie mam normalnych przyjaciół, dlatego przytulanie to u nich norma.
Harry jest w klasie równoległej do mnie, do naszej paczki dołączył gdy mieliśmy po 10 lat, siedział sam na korytarzu i wyglądał na zagubionego, więc Liam postanowił wziąć go pod swoje skrzydła. Najgorsze w tym wszystkim jest to że mimo tego że jest młodszy i tak przerasta mnie o dobre 15 cm, Sean zresztą też jest wyższy ale tylko o 4 cm, dlatego nie jest to tak rażące.
-Nie powinieneś być w szkole? -Spytałem z ciekawości.
Chłopak posłał mi szeroki uśmiech.
-Zaspałem.-Powiedział jak gdyby nigdy nic. -Ale z tego co się orientuje ty też masz na 8.
Wzruszyłem ramionami.
-Odprowadzałem brata do przedszkola. -Powiedziałem zgodnie z prawdą, nie widząc potrzeby by kłamać. Nigdy nie trzymałem w tajemnicy togo że mam rodzeństwo, po prostu nikt nigdy o o to nie pytał.
Harry posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Nie wiedziałem że masz brata. -Stwierdził marszcząc brwi.
Posłałem mu szczery uśmiech.
-A pytałeś o to kiedyś? -Spytałem z cichym śmiechem.
Chłopak na chwile pogrążył się w swoich myślach, po czym odpowiedział.
-Nieee, ale mogę to zrobić teraz. -Rzucił. -Ty masz brata?! Myślałem że jesteś jedynakiem!
Roześmiałem się głośno, nie tyle na to że zapytał, tylko jakim tonem.
-Dla twojej wiadomości Hazz, miałem czterech braci. -Powiedziałem nadal się śmiejąc.
Specjalnie użyłem formy przeszłej, ponieważ trudno powiedzieć że Greg wciąż jest moim bratem. Na szczęście Harry tego nie zauważył, bardziej przejął się samą liczbą.
Na zmianę zamykał i otwierał usta co wygląda wręcz komicznie. W końcu jednak z jego ust wypłynęły słowa:
-Wiesz, boje się, ale dla pewności jednak spytam. Masz siostry?
Pogłębiłem swój uśmiech ukazując białe zęby
-Tak mam. -Odpowiedziałem. -Trzy.
Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
-Ja pierdole.-rzucił cicho. -Ja mam jedną ,a wariuje.
Wzruszyłem ramionami.
-Nie jest tak źle, da się przyzwyczaić.
Na moje słowa jedynie prychnął pod nosem.
-Tak jasne.
Reszta drogi zleciała nam głównie na rozmowie o dzisiejszym treningu piłki nożnej.

Prolog (Where Did my angels go)

Każdy człowiek ma swoje tajemnice.
Sekret, o którym nikt inny nie wie.
Ja również wiele ukrywam, przed moimi przyjaciółmi.
Mogę nawet posunąć się o stwierdzenie iż osoby, z którymi przyjaźnie się od podstawówki, nie znają mnie.
Nie wiedzą, gdzie teraz mieszkam.
Nie wiedzą ile dokładnie mam rodzeństwa.
Nie wiedzą, co stało się z dwójką moich starszych braci.
Nie wiedzą że mój ojciec odszedł od nas trzy lata temu.
Nie wiedzą że moja mama od tamtej pory nie kontaktuje z rzeczywistością.
Nie wiedzą że moja praca to główne utrzymanie dla siedmiu osób.
Nie wiedzą że jestem ojcem dla swojego młodszego rodzeństwa.
Nie wiedzą o tym że mało jadam, bo boje się że nie starczy jedzenia dla reszty.
Nie wiedzą też o moich bliznach.
Nie wiedzą, ponieważ nigdy im tego nie powiedziałem.
Nie wiedzą, ponieważ nigdy mnie o to nie pytali.
To śmieszne że mam do nich pełne zaufanie a i tak nie potrafię się otworzyć.
Nie potrafię wołać o pomoc.
Liam?
Zayn?
Ktokolwiek?
Pomocy.
To zawsze będzie zbyt cicho.
Zbyt wiele mam na sobie obowiązków by tak po prostu uciec.
Zbyt wiele do stracenia.
Nie mógł bym, zostawić na pastwę domu dziecka mojego pięcioosobowego rodzeństwa.
Dlatego będę silny.


 _______________________
Postanowiłam opublikować opowiadanie które znajduje się na pamięci mojego laptopa i Wattpadzie Życzę miłego czytania :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Piąty upadek (I fell Apart)





beta: Mixer (Którą kocham ♥♥♥) I zapraszam do czytania jej prac, które swoją droga są genialne ;) Znajdziecie ją: TU, TU i na WATTPADZIE

HAZZA.

- Jak mamy mu to powiedzieć? - spytał Lou, wpatrując się w sufit swojego pokoju.
Siedzieliśmy w czwórkę w jego pokoju.- Myślę, że najłatwiej będzie wprost. - stwierdził Niall, który po usłyszeniu tego, co opowiedziałem, uwierzył niemal od razu i mocno mnie przytulił. - Tak jak zrobiliście to ze mną.
Przeczesałem włosy, pozostawiając je w nieładzie.
- Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Choć mam wrażenie, że będzie trudniej niż z tobą, Ni.
Blondyn uśmiechnął się smutno.
- On dużo przeszedł. Nienawidzi rozmów o śmierci.
Pozostała dwójka z niezadowoleniem skinęła głowami.
- Podejrzewam, że będziemy musieli go zmusić do...
- Zmusić do czego, Zayn? - na dźwięk nowego głosu w pomieszczeniu wszyscy podskoczyliśmy przerażeni.
Liam stał w drzwiach swojego pokoju i marszczył brwi. Przesunął wzrok po wszystkich zgromadzonych, po czym zatrzymał się na mnie. Siedziałem na łóżko obok Lou, natomiast Zayn i Niall zajmowali to naprzeciwko nas.
Zayn wziął głęboki wdech.
- Musimy pogadać, Li. - powiedział wyraźnie zasmucony.
Chłopak spojrzał na nas zdziwiony i zajął miejsce obok Mulata. W tym momencie pozostała trójka spojrzała na mnie wyczekująco.
Zaraz, kiedy ustaliliśmy, że to ja przekazuje smutne wieści?!
Westchnąłem głośno, spojrzałem Liamowi w oczy i ubrałem swoje okulary. Nie było potrzeby bym nosił je wśród osób, które mi wierzą, ale w tej chwili nie chcę wystraszyć chłopaka.
- Wiem, że trudno będzie ci uwierzyć w to, co powiem, ale postaraj się najpierw wysłuchać, dobra?
Chłopak niepewnie skinął głową.
I zacząłem swoją opowieść od nowa. Mówiłem o wszystkim. O moim wypadku podczas zabawy, o tym jak zacząłem to widzieć, jak zareagowali na to inni, o śmieci moich rodziców. Zgrabnie pominąłem też kwestie tego jak ja sobie z tym wszystkim radziłem. Liam tak jak prosiłem wysłuchał do samego końca.
- Jeśli robicie sobie ze mnie jakieś jaja, to to wcale nie jest śmieszne. - powiedział i już chciał wstawać, ale powstrzymała go ręka Zayna.
- To jeszcze nie wszystko. - powiedział i stanowczo pociągnął chłopaka z powrotem na miejsce.
Liam zgromił go wzrokiem i znów spojrzał na mnie, a jego spojrzenie nie należało do przyjemnych. Zamiast mnie odezwał się Lou:
- Dzięki niemu wciąż żyje, Li. - rzekł cicho. - Autobus, którym miałem wtedy jechać miał wypadek.
Liam siedział przez chwile oszołomiony, ale szybko się otrząsnął:
- To pewnie tylko przypadek...
- On nie jest jedyny. - powiedział Zayn. - Perrie Edwards też miała zginąć, ale przeżyła, bo wiedziała.
Chłopak przymknął oczy, a gdy po chwili je otworzył były przesiąknięte przerażeniem i niedowierzaniem.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? - spytałem, skupiając wzrok na swoich splecionych rękach. - Patrzenie jak ktoś mimo mojego ostrzeżenia i tak umiera.
- Chcesz powiedzieć, że ja...?
Tylko skinąłem głową, a cisza jaka między nami zapadła zżerała mnie od środka.
- Jak? - spytał po dłuższej chwili, ale widziałem w jego oczach, że boi się mojej odpowiedzi.
- Rak. Zostało ci pół roku.
Chłopak wstał i uderzył zaciśniętą pięścią w ścianę. Gdy się do nas odwrócił po jego policzkach spływały łzy i mógłbym się założyć, że nie jest to oznaka bólu, tylko bezradności.
- Nienawidzę tego cholerstwa. - powiedział, patrząc na mnie.
- Nie martw się, Li. - powiedział Niall i mocno przytulił swojego przyjaciela. - Już raz wygrałeś, teraz też ci się uda.
- Pamiętaj, że jesteśmy z tobą. - powiedział Lou, dołączając do uścisku.
- Ejj... - powiedział obrażony Zayn. - Ja też chcę!
I już po chwili też był w tym wielkim uścisku.
Zaśmiałem się na ten widok. Czterech prawie dorosłych facetów ściska się jak nastoletnie dziewczynki. Niestety to był mój najgorszy błąd, bo mój śmiech zwrócił ich uwagę.
- A ty, co sobie myślisz, Styles? - spytał Liam poważnym tonem.
Przestraszyłem się lekko, może powinienem był wyjść i nie wtrącać się w ich przyjaźń? Jednak moje wątpliwości zostały rozwiane, gdy chłopak uśmiechnął się lekko i rzucił na mnie. Zaczął mnie łaskotać i dźgać, a po chwili do tych tortur dołączyła reszta.
W tym momencie wiedziałem, że zyskałem czwórkę, naprawdę cennych przyjaciół.

----------------

- Wybrałeś już zajęcia dodatkowe? - spytała Perrie, gdy szukaliśmy wolnego stolika na stołówce, na co spojrzałem na nią lekko zdziwiony.
- Jakie zajęcia?
- Nikt ci nie powiedział? - w jej głoście brzmiało niedowierzanie. - Każdy z uczniów musi należeć do jakiegoś klubu. To wymóg dyrektora.
Westchnąłem głośno i przeczesałem pomieszczenie wzrokiem. W morzu złotych ramek dostrzegłem machającego do nas blondyna. Uśmiechnąłem się lekko i ruszyłem w stronę ich stolika. Usiadłem obok Louisa, a Perrie na wolnym miejscu między mną i Niallem.
- A jakie mam do wyboru? - spytałem w końcu blondynkę.
- Sporo tego jest. - wzruszyła ramionami. - Ja jestem w sekcji pływania. Z tego, co wiem Lou i Liam grają w nogę...
- Ja jestem na zajęciach gastronomicznych. - powiedział z dumą blondyn, na co Lou prychnął pod nosem.
- Ty jesteś tam tylko od podjadania...
Niższy chłopak rzucił w niego jedną ze swoich frytek.
- Cichooo! Bo się wyda.
Zaśmialiśmy się głośno, zwracając na siebie uwagę innych uczniów.
Lou zamienił swój uśmiech na lekki grymas, wyciągnął się na swoim krześle i spojrzał na mnie.
- Jeśli zaczniesz szukać jakiegoś kółka, chętnie się przyłącze. - czując na sobie spojrzenie naszej trójki dodał. - Trener mnie wylał.
Niall przewrócił oczami.
- Znowu? Za co tym razem?
Lou uśmiechnął się pod nosem.
- "Za notoryczne spóźnienia i niesubordynacje" - rzucił przedrzeźniającym tonem. - Niby wiem, że za tydzień będzie błagał bym wrócił, ale mam już tego dość. Tylko na mnie się tak uwziął, to już piąty raz w tym roku.
Niall westchnął cicho.
- Jesteś tego pewien? Przecież uwielbiasz grać i jesteś w tym naprawdę dobry.
Niebieskooki tylko wzruszył ramionami.
- Zawsze chciałem nauczyć się grać na instrumencie. - spojrzał na mnie z uśmiechem. - Dołączymy do orkiestry?
Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Nie ma żadnych innych zajęć muzycznych?
Chłopak zaprzeczył ruchem głowy.
- Wybieraj chór albo orkiestra.
Już otwierałem usta, by spytać się Nialla, czy mają u siebie jedno wolne miejsce, ale chłopak mnie wyprzedził.
- Więc złóżcie wniosek o założenie nowego klubu. - powiedział i włożył do ust koleją frytkę.
- To tak można? - spytał Lou, marszcząc brwi.
Niall wzruszył ramionami.
- Z tego, co wiem, by zacząć musicie mieć minimum trzy osoby i jakiegoś opiekuna.
Na ustach Louisa pojawił się z lekka szatański uśmiech.
- Co ty na to, Hazz?
Niepewnie skinąłem głową na zgodę. Boję się tego, co może wymyślić.
Chłopak klasnął uszczęśliwiony.
- Co powiesz na klub miłośników marchewek? Uwielbiam marchewki, ale to mogło by być trochę dziwne. Ooo... albo... - zaczął nawijać tak szybko, że ledwo co mogłem go zrozumieć.
- A nie wspominałeś wcześniej czegoś o nauce gry na instrumencie? - spytał Nialler, unosząc brew do góry.
- Tak, ale do tego jest potrzeba osoba, która umie na czymś grać. - westchnął zrezygnowany.
- Mogę cię uczyć grać na gitarze. - powiedziałem nim zdążyłem to dobrze przemyśleć. No to się wkopałem.
Niebieskie oczy Lou zalśniły niebezpiecznym blaskiem.
- Umiesz grać? - prawie krzyknął, a gdy skinąłem głową uśmiechnął się promiennie.
- W takim razie wszystko ustalone, teraz musimy tylko złożyć ten wniosek....
- Lou...
- Ja tego nie zrobię, ten facet jest przerażający i chyba mnie nie lubi...
- Louis.
- ... Więc może lepiej będzie jeśli ty pójdziesz. Jesteś nowy i masz u niego lepszą opinię niż ja....
- Louis!!!
Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony.
- Zapomniałeś o pewnym małym szczególe. Jest nas tylko dwóch, nie możemy nic zrobić, dopóki nie znajdziemy trzeciej osoby.
Powoli widziałem jak entuzjazm w jego oczach gaśnie.
Usłyszeliśmy głośne westchnięcie, wszyscy skierowaliśmy wzrok na naszego małego blondyna.
- Niech wam będzie, dołączę do was, ale mam jeden warunek. - powiedział, mrużąc oczy.
Lou wciągnął głośno powietrze, co tylko pogrążyło nas w niepewności, czego Niall może chcieć w zamian.
- Stawiacie mi pizze z podwójnym serem, pieczarkami i żadnego salami! Nienawidzę salami.
Po raz kolejny podczas tej rozmowy doprowadził mnie niemal do łez. Śmialiśmy się głośno, nie zwracając większej uwagi na uczniów posyłających nam wrogie spojrzenia.
- A tak właściwie, to gdzie są Zayn i Liam? - spytała nagle Perrie.
Wymieniliśmy z chłopakami porozumiewawcze spojrzenia. Dziewczyna nie wie o chorobie Liama i uznaliśmy, że nie będziemy niepotrzebnie tego rozgłaszać. Mimo, że jest ona moją przyjaciółką nie chcę, by się zamartwiała.
- Liam źle się poczuł i Zayn zaproponował, że zawiezie go do lekarza. - powiedział Louis lekko poddenerwowany.
Dyskretnie położyłem rękę na jego ramieniu, a chłopak posłał mi smutny uśmiech. Mimo tego, że się śmiejemy, tak naprawdę jesteśmy spięci. Boimy się tego jakie wieści przyniosą nam Liam i Zayn.
Na szczęście przed tłumaczeniem Perrie, co dokładnie dolegało Liamowi uratował nas dzwonek na lekcję. Odnieśliśmy nasze tace i ruszyliśmy na lekcje.
Zajęcia strasznie mi się dłużyły, dlatego odetchnąłem z ulgą, gdy zabrzmiał ostatni dzwonek. Ruszyłem samotnie korytarzem, gdyż Perrie umówiła się z koleżankami, a Nick musiał zostać coś zaliczyć.
- Hej, Harry! - usłyszałem za sobą czyjeś wołanie.
Odwróciłem się dosłownie w momencie, w którym Louis na mnie wpadł. Dosłownie. Zachwiałem się pod wpływem jego ciężaru i oboje upadliśmy z głośnym hukiem na posadzkę. Marudząc coś na temat "zbyt śliskiej podłogi" podniósł się i podał mi rękę, którą od razu przyjąłem.
- To bolało. - powiedziałem z udawaną złością. Niebieskooki tylko machnął na to ręką i uśmiechnął się szeroko.
- Mam wspaniałą wiadomość! - powiedział, wieszając mi się na ramieniu. - Mamy opiekuna!
Nie spodziewałem się, że tak szybko to załatwi.
- Kogo? - spytałem z ciekawości.
- Pana Adriena Collinsa.
Widząc, że nie mam pojęcia, kto to jest, dodał:
- Nauczyciel muzyki. Jest naprawdę spoko, wszyscy go lubią.
Uśmiechnąłem się.
- To teraz wystarczy złożyć ten cały wniosek, prawda?
- Pan Adrien powiedział, że załatwi to za nas, co oznacza, że ominie nas spotkanie z panem "mam za ciasne gacie, więc powyżywam się na uczniach".
Zaśmiałem się cicho
- Jest aż taki zły?
Louis prychnął pod nosem.
- Raz w pierwszej klasie wdałem się w bójkę. Na moje nieszczęście chłopak, któremu uszkodziłem nos okazał się być jego "ukochanym wnukiem". Jak myślisz, kto przez miesiąc po szkole szorował bruk na dziedzińcu szczoteczką do zębów?
Zaśmiałem się w myślach na samą myśl o Louisie szorującym te wszystkie płytki brukowe.
- Ej, popatrz, czy to czasami nie jest Zayn? - spytałem, patrząc w stronę czarnowłosego chłopaka wysiadającego z czarnego samochodu.
- Nie ma z nim Li. - stwierdził Louis, przyspieszając kroku.
Po niecałych trzydziestu sekundach przekraczaliśmy już bramę parkingu dla uczniów.
- Zostawili go na badaniach. - powiedział Zayn, uprzedzając nasze pytanie. - Nie są w stanie stwierdzić, czy choroba naprawdę powróciła bez wykonania bardziej zaawansowanych badań. Możemy tylko czekać.

Przeczytałaś Skomentuj♥